
Są sezony, które zapisują się w tabelach, i są takie, które zapisują się w pamięci.
Sezon 1986/87 dla Lazio nie był kampanią piłkarską, był walką o życie.
Latem 1986 roku klub biancocelestich stanął przed kolejną burzą, nie pierwszą i nie ostatnią, ale w tym przypadku stawką było samo istnienie klubu. Przygniecione długami po fatalnym zarządzaniu za czasów Chinaglii i zamieszane w kolejny skandal bukmacherski po tym z 1980 roku( afera Totonero) Lazio zostało 5 sierpnia zdegradowane do Serie C/1 z powodu przewinień przypisanych zawodnikowi Vinazzaniemu. Problem polegał na tym, że nowi właściciele, Calleri i Bocchi, już zmagający się z trudnym planem naprawy finansowej, jasno postawili sprawę: jeśli decyzja nie zostanie zmieniona, wycofają się, a klub przestanie istnieć.
Trener Eugenio Fascetti powiedział wtedy do swoich zawodników :
„Kto chce odejść niech odejdzie. Ale kto zostaje, daje wszystko i nie dyskutuje”.
Giuliano Fiorini wstał pierwszy:
„Ja zostaję, bez względu na wszystko”.
Tymi prostymi słowami pociągnął za sobą resztę drużyny. Nie proszono go o wielkie słowa, tylko o oddanie sprawie. I on to zrobił.
W Rzymie nastąpił miesiąc protestów i ogromnych emocji kibiców Lazio, zakończony decyzją CAF, która pozostawiła drużynę trenowaną przez Eugenio Fascettiego w Serie B, ale z karą minus 9 punktów. W czasach, gdy za zwycięstwo przyznawano tylko 2 punkty, była to niemal odroczona kara śmierci.
W tym czasie narodziło się hasło, które stało się symbolem całego sezonu: „Vincere per non morire”– wygrać, żeby nie umrzeć. Włosi nie używają takich słów przypadkowo. W tamtym Rzymie to było dosłownie poczucie egzystencji klubu.
Drużyna zaczęła jednak sezon znakomicie, dając nadzieję nawet na sensacyjny awans – złudzenie, które szybko zniknęło przez zmęczenie i presję. Ostatecznie Lazio musiało walczyć o utrzymanie w dramatycznym meczu na Stadionie Olimpijskim przeciwko Vicenzie.
To był mecz o przetrwanie. Nie chodziło tylko o sportową degradację, spadek oznaczałby finansową katastrofę i koniec klubu. Vicenza natomiast potrzebowała tylko remisu, by zapewnić sobie baraże o utrzymanie. Dla kibiców Lazio koszmarem okazał się bramkarz rywali, Ennio Dal Bianco, który bronił niemal wszystko, powstrzymując ataki Lazio grającego niemal całym zespołem w ofensywie.
Jak w każdym filmie z happy endem, pojawił się jednak bohater. Nietypowy: długie włosy, nieidealna sylwetka i trzy pasje poza boiskiem – rodzina, whisky i papierosy. Koledzy nazywali go z przymrużeniem oka „najlepszym napastnikiem świata bez spalonego”. Tym bohaterem był wspomniany już wcześniej Giuliano Fiorini, który na mniej niż 10 minut przed końcem meczu zdobył gola, przełamując mur Dal Bianco i ratując Lazio.
To nie był zwykły gol, to była eksplozja zbiorowego szaleństwa i rozpaczy zamienionej w radość.
Ludzie płaczą jak dzieci. Dzieci patrzą na oszalałych z emocji dorosłych. Fiorini biegnie pod Curva Nord, zalany łzami, przytulany przez kolegów.
„Ze mną strzeliło 60 tysięcy” – mówił po meczu piłkarz Biancocelestich
Ostateczne utrzymanie przyszło jednak dopiero w barażach przeciwko Taranto i Campobasso.
Lazio zaczęło turniej od trudnej porażki z Taranto (1:0), co postawiło klub w bardzo ciężkiej sytuacji. Ostatecznie jednak zwycięstwo 1:0 z Campobasso (po golu Fabio Poliego) pozwoliło rzymianom utrzymać się w Serie B i uniknąć historycznego spadku do trzeciej ligi.
Kiedy sezon się skończył, w Rzymie nie było eksplozji radości. Było coś bardziej włoskiego i bardziej prawdziwego, zmęczona ulga. Kibice wiedzieli, że nie świętują sukcesu sportowego. Świętują coś innego: fakt, że klub przetrwał. Tak narodził się mit „Gli Eroi del -9” – bohaterów, którzy nie wygrali ligi, ale nie pozwolili jej się zabić.
I właśnie dlatego tamten sezon w historii Lazio nie jest opowieścią o tabeli. Jest opowieścią o klubie, który zaczynał z wyrokiem i mimo wszystko dotarł do końca stojąc na nogach.
LAZIO CLASSIC. Zajebisty cykl się zapowiada, fajnie jest coś takiego poczytać. SfL!!! Salut!