
Artykuł Francesco d’Andrei, opublikowany dzięki Stefano Greco. Miłej lektury, Forza Lazio !
„W świecie Lazio zapanowała dziwna cisza, zawieszona między Rzymem, Formello i Olimpico.
I nie chodzi o ciszę, która następuje po ciężkiej porażce, kiedy wracasz do domu i nie masz ochoty z nikim rozmawiać, nawet z psem.To inna cisza, poważniejsza, bardziej niezręczna, bo nosisz ją w sobie nawet następnego dnia, w pracy, kiedy udajesz, że się skupiasz, a tak naprawdę myślisz tylko o tym, jak to się stało.
Kibicowanie Lazio nie jest już ekscytujące, nie dostarcza emocji ani nie jest radosnym doświadczeniem.
Tak naprawdę nie było już od dawna.I nie chodzi tu tylko o wyniki, bo mieliśmy sezony o wiele gorsze od trzech ostatnich.
Nie, to jest jednocześnie ciężkie i bolesne uczucie: poczucie blokady, uwięzienia, świadomość tego, jak się to skończy, zanim jeszcze się na dobre zacznie.A najbardziej boli świadomość, że nie wszystko zależy od wyników na boisku.
Przez lata powtarzano nam, że rachunki są w porządku, że jesteśmy solidną firmą i że nie bierzemy na siebie więcej, niż jesteśmy w stanie udźwignąć.No dobrze. Nikt nie prosi, ani nigdy nie prosił Lotito, żeby skoczył z klifu bez spadochronu, ani nawet żeby skoczył w przepaść na paralotni.
Ale od kiedy zrównoważony budżet stał się naszym mottem ?
Nie chodzę na stadion, żeby świętować raport kwartalny, idę marzyć: nawet irracjonalnie, nawet przesadnie. Ale to część gry.
Zamiast tego, to uczucie przypomina zamknięcie w pokoju z nieotwieranymi oknami. A ty, uwięziony tam jak dziecko w areszcie, jesteś zmuszony stać z nosem przyklejonym do szyby, obserwując, jak inni grają, jak inne drużyny próbują zrobić coś ekstra.
Firmy, które czasami popełniają błędy, a czasami upadają. Ale przynajmniej próbują.
My natomiast czujemy się zawieszeni w próżni, zmuszeni do ciągłego dokonywania obliczeń, nie potrafiąc sobie nawet wyobrazić czegoś pięknego i innego od codziennej rutyny.
A za każdym razem, gdy ktoś podnosi głos, prosząc lub powołując się nawet na odrobinę ambicji, traktowany jest jak niewdzięcznik, napiętnowany jako wróg lub ktoś, kto chce zniszczyć Lazio.
Jakby chęć rywalizacji była kaprysem. Nie, to nie kaprys, to głód.To ten ból w żołądku, który odczuwasz w poniedziałkowy poranek, gdy myślisz o niedzielnym meczu, który poszedł nie tak, ale już teraz nie możesz się doczekać następnego spotkania.
Chodzi o to, że być może, kto wie, ten rok może pójść dobrze, że może się wydarzyć coś pięknego i innego.
Nie wymagamy niemożliwego, nie oczekujemy cudów ani emocji zarezerwowanych dla kibiców Realu Madryt, Barcelony, PSG, Manchesteru City czy Bayernu Monachium — klubów, które co roku podejmują próbę wygrania Ligi Mistrzów.
Chcemy tylko poczuć, jak to jest naprawdę walczyć, ponieważ po 22 latach zapomnieliśmy już o dreszczyku emocji i doznaniach, których doświadczyliśmy w przeszłości.
Ale co nas boli i denerwuje najbardziej, to krytyka za miłość, która łączy nas z Lazio i sprawia, że prosimy o możliwość choćby pomarzenia.
Jakbyśmy problemem byli my sami – zbyt wymagający, zbyt emocjonalni lub zbyt irracjonalni. A nie ci, dla których piłka nożna to wyłącznie kwestia liczb, budżetów i pieniędzy.
Ale piłka nożna to nie tylko liczby, pieniądze i bilanse. Piłka nożna to nie tylko racjonalność, bo inaczej gralibyśmy z arkuszem kalkulacyjnym w Excelu, a nie z piłką.
Racjonalność nie ekscytuje, za to emocje potrafią przenosić góry. Wszyscy doskonale wiemy, jak ogromną siłą potrafi być Olimpico, gdy kibice Biancocelesti pchają go do przodu. Widzieliśmy to. Doświadczyliśmy tego.Nie ma potrzeby zapamiętywania dat, bo każdy z nas ma swój ulubiony mecz. Ale ile lat minęło od ostatniego meczu, w którym mieliśmy ulubiony mecz ? Jak daleko musimy się cofnąć pamięcią, żeby znaleźć taki w tym zespole ?
I to właśnie najbardziej boli: świadomość tego, kim moglibyśmy być ( i na co zasługuje to miejsce ), podczas gdy wciąż tam jesteśmy, nawet nie stoimy w miejscu, lecz co roku jesteśmy o kilka kroków za innymi, którzy wciąż idą.
Dziś wielu kibiców Lazio chodzi z opuszczonymi głowami, ale nie ze wstydu za kibicowanie drużynie w barwach nieba. NIGDY! I nie ma co do tego wątpliwości.
To zmęczenie, napięcie związane z koniecznością przetrwania sezonów, które wydają się być kopią poprzednich, lub rozmowy w stylu: „dobrze, ale musisz się dostosować, bo historia Lazio zawsze była taka”.Nie, nie zawsze tak było i wiemy to, ponieważ doświadczyliśmy wielu wspaniałych emocji, nawet w latach, kiedy nie walczyliśmy o trofea, ale po prostu o przetrwanie.
Dlatego czujemy, że ta „normalność” i ten otępiały spokój nam nie wystarczają. A wielką frustrację odczuwamy z powodu tych, którzy wiedzą, że nie mają nic do powiedzenia, z powodu tych, którzy czują się niesłuchani ani nierozumiani przez tych, którzy powinni jako pierwsi zrozumieć, co oznacza ta koszulka. Z powodu tych, którzy zamiast tego nie zrozumieli, że ci ludzie mogliby ich uczynić nieśmiertelnymi, gdyby nie słuchali tylko własnego ego.
Lazio to nie tylko klub, to nie tylko czysty bilans, to coś szalonego i irracjonalnego, co wsiąka w dziecko i już nie wychodzi.
Lazio to mecze wyjazdowe i niekończące się dyskusje z przyjaciółmi, uściski z nieznajomymi po golu w dziewięćdziesiątej minucie, to nadzieja nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko stracone, a logika podpowiada, że nie ma na co liczyć.
A zamiast tego… Zamiast tego, być może nagle pojawia się „wielka gwiazda” i zmienia bieg historii, a zakończenie wydaje się już napisane: gol Cecco przeciwko Milanowi, hat-trick Vincenzino przeciwko Varese, gol Fioriniego przeciwko Vicenzy, gol Poliego przeciwko Neapolowi, gol Nesty na 3-1 przeciwko Milanowi, to niesamowite zakończenie sezonu 1999-2000.
Stało się, doświadczyliśmy tego i tęsknimy za tymi emocjami jak za powietrzem.Nie chcemy księżyca. Chcemy móc marzyć bez poczucia naiwności i winy. Chcemy wrócić do mówienia „może”, nie wydając się nie na miejscu.
Bo ostatecznie tego właśnie brakuje najbardziej: poczucia, że dokądś zmierzasz.Nie ma potrzeby żadnych proklamacji, żadnych obietnic gwarantowanych przez trzyletnie projekty, które nakładają się na siebie i nigdy nie zostają ukończone.Potrzebujemy wyborów, które jasno pokażą, że nie zadowalamy się samym przetrwaniem, ale chcemy spróbować żyć. Potrzebujemy drogi do celu, zamiast zadowalać się utrzymaniem na powierzchni.
Kibic Lazio nigdy nie prosił o ciągłe zwycięstwo. Zawsze prosił o wiarę w coś i kogoś. A kiedy ci to odebrano, nie pozostaje głośna wściekłość, ale długa cisza, trudna do wytłumaczenia lub uciszenia.
Ale prędzej czy później ktoś będzie musiał przerwać tę ciszę. I tym kimś, jak dobrze wiemy, nie jest i nigdy nie będzie Claudio Lotito.”