SS Lazio

W dzisiejszym odcinku serii Lazio Classic chcemy przypomnieć postać, której nazwisko w Rzymie nie jest tylko wspomnieniem z boiska. To nazwisko jest emocją, gestem, buntem i miłością jednocześnie. Człowieka, którego zna każdy kibic Lazio i którego nigdy nie da się wymazać z historii tego klubu, bo na zawsze wszedł w jego DNA.


To historia Paolo Di Canio, piłkarza który urodził się w 1968 roku w Wiecznym Mieście, w robotniczej dzielnicy Quarticciolo, miejscu, gdzie futbol nie był sportem, tylko językiem przetrwania. Syn murarza, chłopak z bloków, wychowany w realiach, gdzie każdy dzień był walką o przestrzeń i uwagę. W jego otoczeniu naturalnym wyborem była AS Roma, klub dzielnicy, klub większości. Ale on poszedł pod prąd. Zamiast Romy wybrał Lazio. W tamtym Rzymie to nie była preferencja, to była deklaracja wojny. W dzielnicy, gdzie dominowali giallorossi, on jako dziecko mówił o Lazio. Kibicował drużynie, której nikt od niego nie oczekiwał. Był wyjątkiem, anomalią, kimś kto już wtedy nie umiał iść z tłumem.

Futbolu uczył się na ulicach Quarticciolo, między schodami bloków, praniem na sznurach i betonem, który odbijał echo dziecięcych krzyków. Syn murarza, który sam z siebie zrobił piłkarza. Ale zanim stał się zawodowcem, był ultrasem.

Do Lazio trafił jako nastolatek. Wychowany w ich młodzieżówce, debiutował w Serie A 9 października 1988 roku. I od razu było widać, że to nie jest zwykły zawodnik. To był ktoś, kto nie grał „dla klubu”. On grał jak kibic, który nagle dostał koszulkę i wybiegł na boisko.

A potem przyszedł moment, który zdefiniował wszystko.

Derby Rzymu, 15 stycznia 1989.

Stadion Olimpijski, napięcie jak przed burzą. AS Roma była faworytem. Lazio miało tylko ambicję i wściekłość. I wtedy on, chłopak z Quarticciolo, przejmuje mecz.

Gol. Prawą nogą. Pod Curva Sud.

Nie było w tym przypadku. Po strzale pobiegł w stronę trybun Romy, uniósł rękę i wskazał sektor kibiców gospodarzy. Gest nie był celebracją. Był komunikatem. Jakby mówił: „tu jestem, tu dorosłem, i nie będę się kłaniał”.

To był moment narodzin legendy i kontrowersji jednocześnie. W Rzymie nie zapomina się takich rzeczy.

Później przyszła kariera pełna chaosu, Juventus, Napoli, Milan, ale zawsze było w nim coś, co nie pasowało do systemu. Włochy nie potrafiły go zatrzymać. Był za głośny, za emocjonalny, zbyt prawdziwy. Piłkarz „wyklęty”, który prędzej czy później musiał zostać wypchnięty poza ramy. Dopiero Anglia dała mu przestrzeń, ale nawet tam, w West Ham United gdzie stał się legendą Premier League, gdzie zachwycano się jego talentem i temperamentem, Di Canio nigdy nie przestał być chłopakiem z Lazio. Tam tylko nauczył się, jak żyć z własnym ogniem. I tylko jeden człowiek potrafił go trzymać w ryzach, Harry Redknapp. Nie złamał go. Nie zmienił. Po prostu ustawił granice, w których chaos mógł jeszcze być sztuką.

Ale prawdziwa historia nie wydarzyła się w Londynie. Wydarzyła się w 2004 roku, kiedy po 14 latach wrócił do Rzymu. Powrót do Lazio nie był transferem. Nie był kontraktem. Nie był decyzją finansową. Był wyborem emocjonalnym, niemal irracjonalnym. Odrzucił większe pieniądze, żeby wrócić do miejsca, które uważał za dom. Do klubu, który był jego tożsamością. Rzym go przyjął jak swojego bohatera i swojego grzesznika jednocześnie. Curva Nord nie oklaskiwała go, ona go odzyskała. Kibice Lazio widzieli w nim coś rzadkiego: piłkarza, który nie udaje miłości do barw, tylko ją niesie w sobie od dziecka. Na Olimpico wrócił jak człowiek, który nigdy tak naprawdę nie wyjechał.

Kulminacją był derbowy powrót 6 stycznia 2005 roku.

Stadion znów pękał od napięcia. Znów Lazio przeciw Romie. Znów historia pisana emocjami, nie statystyką. I znów on.

Gol dla Lazio. Rzym eksploduje. On biegnie w stronę Curva Sud, jakby czas się cofnął do 1989 roku. Ten sam bieg, ta sama duma, ten sam gest. Rzymskie pozdrowienie, które nie potrzebowało tłumaczenia, uniesiona ręka, spojrzenie w trybuny, prowokacja i miłość w jednym ruchu.

Lazio wygrało ten mecz 3:1. ale wynik był tylko przypisem. Prawdziwa historia była inna, człowiek z Quarticciolo wrócił do domu i znów zrobił to, co zawsze: zamienił derby w mit.

Paolo Di Canio w Lazio to nie tylko były zawodnik, to symbol rzymskiej tożsamości, paradoks między miłością a buntem, między trybuną a boiskiem. To piłkarz, który nigdy nie był „produktem systemu”, tylko jego przeciwieństwem, żywą emocją zamkniętą w koszulce. I właśnie dlatego jego historia nie kończy się na ostatnim meczu.
Bo w Rzymie pewne postacie nie odchodzą. One zostają, w Curva Nord, w derbowych wspomnieniach i w tej niepowtarzalnej mieszance miłości i szaleństwa, którą nazywa się Lazio.

Di Canio nie był epizodem w historii Lazio.
On był jej najbardziej niepokornym rozdziałem.

4 komentarze do “Lazio Classic – Buntownik z Quarticciolo”

  1. Dużo by mówić jeszcze można 🙂 Piłkarzem był dobrym, a jako człowiek był jeszcze lepszym. Wyznaczył pewien nurt, zachowując się jak trzeba i przyznając się do niesłusznie zdobytej bramki. Jego postać jako piłkarza znam głównie z internetu ze skrótów. Z gazet…za młody byłem by móc śledzić jego karierę. Poza tym kto w Podlaskim miał wtedy internet 😉 Saluto! Kimś takim dla mnie jako osoby świadomej był Miro Klose.
    Ps Świetny artykuł/felieton. Dziękuję Ciuny, fajnie że poświęcasz na to swój wolny czas. Jeżeli to nie problem wrzućcie na stronę tłumaczenie książki Gascoigne. Lubiłem do tego wracać. SfL!!! Saluto!

    1. Dzieki 🙂
      Gazza jest w planach, na pewno o nim i jego przygodach we Włoszech napisze. Jakiś czas temu właśnie nabyłem jego książkę – Gazza in Italy, póki co czeka w kolejce na przeczytanie, ale na pewno materiały z niej wlecą na stronkę.
      🫡

  2. Fajnie się czytało tamte tłumaczenie. Tua figlia grande tete to cytat który będę pamiętał do końca swych dni. Ja akurat na półce mam oryginał „Gazza my story”. Oczywiście w języku angielskim którego nie znam ale chciałem mieć więc mam. Kto jak kto ale Paul ma o czym opowiadać. Pozdrawiam 😉

  3. Fantastyczny artykuł.
    Ale to tylko kropla historii Di Canio.
    Jego biografia po angielsku i „il Ritorno” po włosku stoją na mojej półce przeczytane kilka razy.
    Pamiętam jak kupowałem il Ritorno w kalabryjskiej księgarni, pani miała minę jakby mi Biblię szatana sprzedawała 😅

    Oglądając derby z 2005 człowiek miał wrażenie, że cały sportowy sens życia Paolo sprowadzał się do tego meczu.

Zostaw komentarz