
W kolejnym odcinku serii Lazio Classic, wracamy do 14 maja 2000 roku. Data ta przeszła do historii futbolu jako dzień, w którym rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania.
Dwadzieścia lat temu włoskie stadiony były centrum wszechświata, a Serie A najsilniejszą ligą świata, gdzie o dominację walczyło słynne „Siedem Sióstr”. W tamtym czasie włoska ziemia była domem dla największych ikon światowego futbolu: na boiskach błyszczeli Ronaldo, Batistuta, Zidane, Salas, Del Piero, Vieri, Shevchenko, Maldini, Veron czy Buffon. Każdy skład w ówczesnym fantacalcio był pełen gwiazd, a prestiż ligi szedł w parze z niewyobrażalnym rozmachem finansowym prezesów i fanatycznym oddaniem kibiców. W takim towarzystwie tytanów Lazio Svena-Görana Erikssona wyrosło na drużynę, która rzuciła rękawicę turyńskiemu establishmentowi.

Szwedzki szkoleniowiec dysponował kadrą, która dziś wydaje się zbiorem nieprawdopodobnych charakterów. Środkiem pola dyrygował Juan Sebastián Verón, którego wpływ na grę był totalny, Argentyńczyk zanotował w tamtym sezonie ligowym 8 bramek i aż 11 kluczowych asyst, stając się najlepszym asystentem Serie A. U jego boku pracował nieustępliwy „El Cholo” Diego Simeone, zdobywca 5 bramek, w tym tej kluczowej w meczu z Juventusem, oraz niezmordowany Pavel Nedvěd, autor 5 trafień. W obronie rządził Alessandro Nesta, którego elegancja i spokój w defensywie czyniły z Lazio jedną z najszczelniejszych drużyn ligi. Za egzekucję odpowiadał duet snajperów: Simone Inzaghi, który we wszystkich rozgrywkach zdobył aż 19 bramek, oraz Marcelo Salas, autor 12 trafień w samej lidze. Swoje „trzy grosze” w ofensywie dodawał też Siniša Mihajlović, który dzięki swoim morderczym rzutom wolnym zapisał na koncie aż 13 goli we wszystkich rozgrywkach.

Rywalizacja z Juventusem była starciem dwóch światów. Po kontrowersjach w przedostatniej kolejce, szczególnie po nieuznanej bramce Cannavaro w meczu Juve z Parmą, która odebrała Rzymianom nadzieje na wyrównanie stawki punktowej, frustracja w stolicy sięgnęła zenitu. Mimo to, 14 maja rzymianie wykonali swój plan, pewnie pokonując Regginę 3:0 po golach Inzaghiego, Veróna i Salasa. Gdy na Olimpico wybrzmiał ostatni gwizdek, stadion zamienił się w miejsce zbiorowej modlitwy. W erze przed smartfonami, tysiące kibiców trwało w bezruchu, przyciskając do uszu tranzystory radiowe. Głosy dziennikarzy – Bruno Gentiliego w Rzymie i legendarnego Riccardo Cucchiego w Perugii – stały się jedynym łącznikiem z „wyrocznią” z Umbrii.

W Perugii tymczasem rozgrywał się dramat w strugach ulewy. Pierluigi Collina, najsłynniejszy sędzia świata, postać o ikonicznym wyglądzie, której zawodnicy bali się spojrzeć w oczy, zmagał się z warunkami, które sprawiały, że piłka ledwo przemieszczała się po boisku. Po godzinnej przerwie, w 48. minucie, Alessandro Calori trafił do siatki, dając prowadzenie gospodarzom. W Rzymie każda minuta do 18:04 była próbą nerwów, aż w końcu, gdy Riccardo Cucchi ogłosił koniec spotkania w Perugii, nad Olimpico wybuchła ekstaza.

Lazio nie tylko wymazało traumę sprzed roku, ale sięgnęło po tytuł dokładnie w roku jubileuszu 100-lecia klubu. W świecie futbolu, gdzie historia pisze się przez dekady, takie zbiegi okoliczności to czysta magia. To mistrzostwo, w którym przeznaczenie odegrało główną rolę, ponieważ scudetto dosłownie spadło z nieba wraz z potężnym deszczem nad Perugią, zmywając dawne krzywdy i definitywnie wieńcząc stulecie klubu w najbardziej spektakularny sposób, jaki można sobie wyobrazić.
Spadło z nieba…to prawda. Los nam oddał to co zabrał sezon wcześniej 😉
Fantastyczny artykuł.
👏👏👏